
Nieznana, skreślana, za niska, za słaba, technika nie przeciwstawi się dzisiejszej sile, najwyższa druga runda Wimbledonu przed czterema laty – w Paryżu przepadnie w eliminacjach albo znów, na początku drabinki głównej, potknie się i wróci do domu. A ona napisała historię bardziej spektakularną niż Kopciuszek. Maja Chwalińska w trzy tygodnie ze sportowca anonimowego przeistoczyła się w globalną postać, a w Polsce w bohaterkę narodową. Przegrany finał niczego nie zmienia, to była wybitna droga na sportowy Olimp, z porażką z rywalką i zmordowanym ciałem dopiero na 10-tysięczniku.
