
Netflix rozpala do czerwoności atmosferę przed premierą Stranger Things 5. Dla fanów serialu jest coraz więcej nieoptymistycznych wiadomości.
Fani kultowego już serialu science fiction Netfliksa od dawna z zapartym tchem wyczekują finałowego, piątego sezonu „Stranger Things”. To już nie tylko opowieść o dzieciakach z małego miasteczka mierzących się z nadprzyrodzonym złem, ale gigantyczna produkcja, która weszła na zupełnie nowy poziom. Niestety, dla (polskich) fanów serialu jest coraz więcej niekorzystnych wiadomości. Zacznijmy od tej, która od dłuższego czasu rozpala sekcje komentarzy i reddita.
Stranger Things – kiedy pojawią się nowe odcinki? To trudne pytanie
Finałowy sezon „Stranger Things” zostanie udostępniony w trzech, a nie w jednej, ani w dwóch transzach. Pierwsza pula czterech odcinków trafi na platformę już 26 listopada. Następnie, w Boże Narodzenie, 25 grudnia, zobaczymy trzy kolejne epizody. Wielkie, ostateczne zakończenie nastąpi w wyjątkowy wieczór: finałowy odcinek zadebiutuje w Sylwestra. Netflix rozbijał już wcześniej nowe sezony swoich seriali na części, także trzy, ale tak nietypowy podział jeszcze się nie wydarzył. Rozumiem chęć budowania atmosfery, napięcia oraz stworzenia niepowtarzalnego klimatu wokół każdego z rozdziałów tej historii, ale nie wiem, czy Netflix trochę nie przeszarżował. Jeśli finał jest tak dobry, jak sądzą twórcy, to widzowie wszystko wybaczą, ale ewentualne potknięcia mogą sprawić, że fani będą czuć się rozczarowani.
To jednak nie koniec informacji, które mogą zmartwić wiernych widzów. Jedną z najbardziej palących kwestii, która od zakończenia czwartego sezonu rozpalała internet, był potencjalny powrót Eddiego Munsona. Ten charyzmatyczny, a zarazem tragiczny bohater, lider Hellfire Club i miłośnik metalu, natychmiast skradł serca widzów. Jego heroiczna, choć przedwczesna śmierć, w której poświęcił się, by chronić Dustina, była niemałym zwrotem akcji. Spekulacje o jego możliwym ocaleniu lub powrocie w innej formie były wielokrotnie przywoływane przez widzów, ale jeden z twórców serialu, Matt Duffer, ostatecznie rozwiał wszelkie wątpliwości.
Ulubieniec fanów Stranger Things nie wróci
Decyzja jest jasna: Eddie nie żyje i nie powróci w piątym sezonie. I choć wiadomość ta jest bolesna dla tych, którzy pokochali kreację Josepha Quinna, z perspektywy fabuły jest to ruch zrozumiały, a wręcz konieczny. Śmierć Eddiego podnosi stawkę i pokazuje, że w tej walce nie ma bezpiecznych bohaterów. Ostatni sezon musi skupić się na godnym zakończeniu wątków protagonistów, którzy zostali z nami od początku – Jedenastki, Mike’a, Hoppera i reszty – nie zaś na wskrzeszaniu tych, których historie już doprowadzono do finału.
Największa atrakcja ominie polskich widzów
Od wczoraj w sieci można natrafić na informacje dotyczące pokazów finału „Stranger Things” w kinach, ale polscy widzowie będą musieli obejść się smakiem. Twórcy od dawna marzyli, by fani mogli doświadczyć finału na wielkim ekranie, z kinowym dźwiękiem i obrazem – to marzenie się spełni, ale wyłącznie w ponad 350 kinach na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady. Pokazy finałowego odcinka odbędą się w kinach za wielką wodą 31 grudnia, równolegle ze światową premierą na Netfliksie.
Dla polskich miłośników serialu ta wiadomość to spory zawód. Kinowe seanse stworzyłyby unikalną, wspólnotową atmosferę celebracji finału kultowej produkcji. Pozostaje nam jednak trzymać kciuki i mieć nadzieję, że sukces tych lokalnych wydarzeń skłoni Netflix do zmiany strategii i organizacji pokazów na innych rynkach, w tym w Polsce, na co z pewnością liczy ogromna rzesza fanów znad Wisły.


