Dom pełen niewypałów. Miał być hit, wyszedł kit

Nie będę trzymał was w niepewności, „Dom pełen dynamitu”, który wczoraj pojawił się na platformie Netflix miał być hitem z gwiazdorską obsadą, o którym będziemy rozmawiać przez kilka tygodni. Niestety nie sprostał oczekiwaniom.

Gdy pojawił się pierwszy trailer „A House of Dynamite” byłem szczerze zainteresowany. To pierwsza produkcja od wielu miesięcy, z której już w zapowiedzi wręcz wylewały się emocje. Gdy dodamy do tego świetną obsadę z Rebeccą Ferguson, Idrisem Elbą, Jaredem Harrisem czy Gabrielem Basso na czele to oczekiwania tylko wzrosły. I właśnie z takim nastawieniem siadłem wczoraj do seansu, który niestety mógłby się równie dobrze zakończyć po 40 minutach. Poniżej znajdziecie nieco spojlerów, więc lojalnie ostrzegam przed dalszą lekturą.

Gdzie ten dynamit?

Fabuła tego filmu jest bardzo prosta, a do tego praktycznie już od pierwszych minut przechodzimy do konkretów, bez długiego wprowadzenia na temat głównych bohaterów. To ma swoje plusy, ale patrząc też na to jak ten film jest zbudowany, jest całkiem zrozumiałe. Nasza świetna obsada tak naprawdę miała bardzo ograniczone role i chyba nikt nie spędził na ekranie w sumie więcej jak 30 minut. Wszystko zaczyna się gdy radary wykryły lecący w stronę Stanów Zjednoczonych pocisk balistyczny, prawdopodobnie z głowicą nuklearną, który został wystrzelony z nieznanej lokalizacji. Nikt nie wiem kto jest atakującym, a na początku nie znamy nawet celu. Nie mamy też żadnej perspektywy drugiej strony, a akcja skupia się tylko na relacjach osób z najwyższego dowództwa wojskowego w USA.

I przez pierwsze 40 minut wszystko jest w jak najlepszym porządku. Emocji z pewnością nie brakuje, a my obserwujemy działania pokoju sytuacyjnego w okolicach Białego Domu oraz bazy na Alasce, z której zostają wystrzelone pociski przechwytujące. Narracja budowana jest całkiem sprawnie, nawet jeśli nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Problem tylko w tym, że po tych 40 minutach reżyserka, Kathryn Bigelow wciska reset i prezentuje nam to samo, ale z punktu widzenia innej grupy ludzi, których widzieliśmy w pierwszej części tylko na ekranie wielkich monitorów. Oglądanie tego samego, z innej perspektywy nie ma niestety już nic wspólnego z napięciem jakie towarzyszy nam na początku filmu. My już wiemy co się stanie, a emocje aktorów, którzy świetnie wcielili się w swoje role, nie odtworzą już tego napięcia.

I jakby tego było mało, przeżywamy całą sytuację trzeci raz z perspektywy najważniejszych osób w państwie, czyli prezydenta i sekretarza obrony. Mam tylko wrażenie, że to akurat była najsłabsza część. Prezydent wydaje się kompletnie zagubiony w swojej roli. Być może tak był cel Kathryn Bigelow, aby pokazać jak nieudolna jest władza w obliczu ogromnego kryzysu, ale we mnie to po prostu wzbudziło niesmak. Jestem przekonany, że gdyby wszystkie trzy wątki przeplatały się między sobą w jednym czasie, to odbiór całego filmu byłby znacznie lepszy. Wydają się to też potwierdza pierwsze recenzje widzów. Na platformie IMDb ocena filmu sukcesywnie spada i obecnie to tylko 6,9/10, czyli bardzo przeciętnie.

Czytaj dalej poniżej

Ciekawy temat i zmarnowany potencjał

„Dom pełen dynamitu” porusza bardzo ciekawą kwestię. Ogólna doktryna odstraszania polega właśnie na tym, że użycie broni jądrowej jest mieczem obosiecznym. Kraj, który się na to zdecyduje musi liczyć się z odpowiedzią drugiej strony. Jest w niej jednak pewna luka, którą pokazano w tym filmie, czyli jak odpowiedzieć na atak jeśli nie wiemy kto jest za niego odpowiedzialny? W ciągu 30 minut jakie zajmuje rakiecie balistycznej lot nad Pacyfikiem trudno podjąć decyzję i to jest sedno problemu jaki poruszono w filmie. Zła decyzja prezydenta oznacza rozpoczęcie międzynarodowego konfliktu nuklearnego. To jednak nie wybrzmiało do końca i wyraźnie w tej produkcji.

Potencjał był ogromny, ale prezentowanie tej samej sytuacji z trzech bardzo zbliżonych do siebie perspektyw nie miała większego sensu. W zasadzie możecie obejrzeć pierwsze 40 minut i wyłączyć film z przeświadczeniem, że nic więcej wam tutaj nie umknęło. Brak domknięcia nie jest dla mnie problemem, wszyscy możemy sobie dopisać końcowy scenariusz. Potencjał tego filmu był wybitny, ale po seansie mam tylko wrażenie, że zmarnowałem godzinę, bo emocji już w tej końcówce nie było żadnych…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *