
Kiedy dostałem kluczyk do nowego Ferrari Amalfi, ręce mi drżały. Nie z ekscytacji – z onieśmielenia. Nigdy wcześniej nie prowadziłem auta z Maranello. W głowie miałem obraz narowistej bestii, która tylko czeka, aż amator popełni błąd, by owinąć się wokół latarni. Spodziewałem się raczej samochodu do zadawania szyku, niż do normalnej jazdy. A już na pewno nie auta, w którym poczuję się swobodnie.
