
We wrześniu rusza 19. edycja Avant Art Festival, który w tym roku potrwa aż 40 dni i po raz pierwszy odbędzie się w czterech odsłonach. Wydarzenia zaplanowano na Dolnym Śląsku – w Wałbrzychu, Świdnicy, Legnicy i Jeleniej Górze – a także we Wrocławiu, Warszawie i Lublinie.
Jedną z ważnych części festiwalu jest Avant Art Film, czyli kinowa selekcja dokumentów poświęconych muzyce i jej najbardziej nietuzinkowym twórcom. W programie znalazł się m.in. film „Butthole Surfers: The Hole Truth and Nothing Butt„, który będzie można zobaczyć 5 września w Kinie Nowe Horyzonty we Wrocławiu oraz 17 września w Kinie Iluzjon w Warszawie.
Dokument przedstawia historię jednej z najbardziej nieprzewidywalnych formacji amerykańskiego rocka alternatywnego, która przez dekady łączyła punk, psychodelię, absurd i prowokację, budując wokół siebie legendę i trwale zmieniając oblicze muzyki niezależnej.
Całą recenzję filmu „Butthole Surfers: The Hole Truth and Nothing Butt” można przeczytać na karcie filmu POD LINKIEM TUTAJ. Poniżej znajdziecie jej fragment.
Recenzja filmu „Butthole Surfers: The Hole Truth and Nothing Butt„
Gdzie słońce nie dochodzi
autor: Bartosz Czartoryski
Zespół o najlepszej nazwie na świecie miewał wcześniej – czego dowiedziałem się z omawianego dokumentu – dziesiątki innych, nie gorszych. Na Butthole Surfers padło zresztą przypadkiem, bo duże chłopaki z Big Boys zwyczajnie nie pamiętali, kogo goszczą na scenie, więc gdy doszło do zapowiedzi odwołali się do przypadkowego tytułu ich kawałka. Ze zgrywy powstałeś, w zgrywę się obrócisz? No, niezupełnie, bo teksański skład przez te przeszło czterdzieści lat zaznał bodaj wszystkiego, co rockowa/punkowa/awangardowa/psychodeliczna (nie da się tu wykreślić niepotrzebnego) grupa mogłaby napotkać na swojej ścieżce: od smrodu garażu do komercyjnego sukcesu, a to sprawiło, że Butthole Surfers wyrosło na jedną z bardziej znaczących firm tamtej sceny.
Sam zespół poznałem, kiedy ekipa po klapie wyczekiwanego albumu istniała już tylko jako projekt wyłącznie sceniczny, a ja zapuszczałem się na Soulseeku tam, gdzie słońce nie dochodzi. O ubiegłorocznym reunionie i co za tym idzie – niezupełnie nowym, bo napisanym już dawno, ale nagranym i wypuszczonym przed dwoma miesiącami albumie dowiedziałem się z filmu. Chyba należy się za to jedna gwiazdka wyżej do oceny, bo band to nietuzinkowy. Z tym że „Butthole Surfers: The Hole Truth and Nothing Butt” nie usiłuje ani przekonać przekonanych, ani zwerbować nowych słuchaczy. Ba, informacje na temat tego, o czym śpiewają, co grają i jak grają, są tutaj szczątkowe, a wybrane fragmenty muzyczne to zaledwie organiczne spoiwo, niemalże narzędzie montażowe łączące poszczególne sceny. To film nie tyle o sztuce, co o ludziach ją tworzących, niszczących i składających do kupy.
Reżyser Tom Stern, kładąc nacisk na performatywną stronę działalności zespołu i dbając przy tym o własny obrazek (twórca nie stroni od animacji, kukiełek i innych cieszących oko sztuczek), maluje portret bandu absolutnie odstrzelonego i nieprzystającego do jakichkolwiek norm – Butthole Surfers gra bowiem jakby na przekór gustom. Gibby Haynes, dwumetrowy lider zespołu, biegający po scenie na golasa, ze spinaczami do bielizny we włosach, udający (?) akt kopulacyjny z tancerką na tle ściany dźwięku z frenetycznych gitar i wizualizacji (dla uśpienia czujności naćpanej kwasem publiki) składającej się z ujęć oceanicznej flory i fauny, a potem przeprowadzający znienacka operację rekonstrukcji penisa to tutaj zwykły wtorek. Stern usiłuje złapać piorun do butelki i, co zaskakujące, w dużej mierze mu się to udaje, bo archiwalne ujęcia scenicznych ekscesów Butthole Surfers zestawione są ze świeżymi wypowiedziami członków zespołu, panów w wieku emerytalnym, patrzących na to z dzisiejszej perspektywy. Ugruntowuje to prowadzoną przez niego narrację tu i teraz, a nie tam i wtedy.
Całą recenzję filmu „Butthole Surfers: The Hole Truth and Nothing Butt„ można przeczytać na karcie filmu POD LINKIEM TUTAJ.
