
Debiutujący dziś na HBO Max serial „To: Witajcie w Derry” znacząco rozbudowuje znane uniwersum kultowych horrorów. Twórcy zdradzili nie lada tajemnice zza kulis o tym, jak ta produkcja powstała.
Przed premierą serialu miałem okazję wziąć udział w rozmowie z twórcami serialu: Andym Muschietti i Barbarą Muschietti. Gdy przyszła moja kolej, postanowiłem zgłębić kluczowy aspekt nowej produkcji, czyli możliwość przygotowania czegoś zupełnie innego, niż dwa poprzednie projekty.
Serial „To: Witajcie w Derry” mógł mieć 11 odcinków
Konrad Kozłowski: Po raz pierwszy w tym uniwersum dostaliśmy serial, a nie film. Zatem jak bardzo różniło się wasze podejście do jego tworzenia? Co po raz pierwszy było możliwe do zrobienia tym razem? Czy praca nad serialem to dla was być może lepsza okazja do opowiedzenia pewnego rodzaju historii?
Andy Muschietti: Jest więcej swobody i miejsca na stworzenie czegoś, co nie jest adaptacją z książki. Korzystamy z okruszków, które umyślnie zostawił Stephen King. To takie elementy układanki, która nie została jeszcze ułożona. Tworzymy historie wokół tych elementów, dokładając nowe elementy. Myślę, że ponieważ używamy fragmentów narracji z książki jako ważnej wytycznej dla naszej większej fabuły, potrzebujemy więcej przestrzeni, by opowiadać te historie. To udowodnione, że seriale są zdolne do lepszego budowania emocjonalnych więzi z bohaterami niż filmy, ponieważ spędzasz z nimi więcej czasu. Uczysz się ich bardziej kochać. Zwłaszcza w historii takiej jak ta, w której chodzi o ludzkie emocje i okropne rzeczy, które mogą spotkać bohaterów. Ale także piękne rzeczy, więc im więcej z nimi spędzimy czasu, tym lepiej.
Barbara Muschietti: Powiem też, choć to może brzmieć jak dwuznaczny komplement pod własnym adresem, ale my tak naprawdę nie wiemy, jak się robi seriale telewizyjne. Zrobiliśmy filmy, które zmieściły się w ośmiu godzinach.
Konrad Kozłowski: Więc czujecie, że to był ogromny film, który po prostu pocięliście na odcinki?
Barbara Muschietti: Tak, zdecydowanie. Blizny (od cięcia – przyp. red.) są nawet widoczne jako dowody.
Andy Muschietti: Zaczęliśmy oczywiście z większą ilością, mieliśmy więcej historii niż mogliśmy zmieścić (w odcinkach – przyp. red.). Ale ponieważ jest więcej postaci, ekscytujesz się wątkami, fabułami i głównymi motywami różnych postaci oraz tym, jak się łączą. I w pewnym momencie, w przygotowaniach czy w pokoju scenarzystów, zdajesz sobie sprawę, że nie możesz zmieścić wszystkiego, co zmieściłeś.
Barbara Muschietti: Mieliśmy chyba jedenaście odcinków…
Andy Muschietti: Tak, więc musieliśmy pozbyć się niektórych rzeczy, ale to oznacza tylko, że w tym serialu nie ma żadnego „zapychacza”. Wszystko jest ważne i treściwe.
Stephen King zachwycony serialem. Określił go jako przerażający
W spotkaniu brali także udział dziennikarze z całego świata, więc nie brakowało ciekawych dyskusji dotyczących Pennywise’a czy wrażenia, jakie udało się zrobić pierwszym odcinkiem serialu na autorze książek „To” Stephenie Kingu. Na pytanie o to, jak udaje się przestraszyć samego Kinga (który określił pierwszy odcinek jako „przerażający”), Andy Muschietti stwierdził, że informacja zwrotna od Kinga jest cudowna i nie jest w stanie sam odpowiedzieć na to pytanie – trzeba by zapytać samego autora książki. Zaznaczył jednak, że jest to bardzo satysfakcjonujące. Uważa, że reakcja Kinga może mieć związek z jego chęcią, by pozwolili sobie na zabawę w jego „piaskownicy”.
Choć serial jest oparty na bardzo jasnych wytycznych i wydarzeniach z książki, wprowadzono w nim wiele własnej twórczości i odchodzono od oryginału. Według niego, Kinga mogło zaskoczyć to, że twórcy wzięli sobie wolność artystyczną i stworzyli historie, które łączą główne punkty fabularne. Mimo że King pobłogosławił każdy krok w procesie powstawania scenariusza i wydarzeń, Andy Muschietti uważa, że był on naprawdę zaskoczony, gdy zobaczył odcinek, co jest dla nich ogromnie satysfakcjonujące.
Barbara Muschietti dodała, że Stephen King jest niesamowitym człowiekiem, a jego książki są niezwykłe, po części dlatego, że jest on mocno połączony ze swoją dziecięcą naturą oraz zdolnością do ekscytowania się i… straszenia się. Dla nich ten komplement jest ogromny, największy z możliwych.
Pennywise nadal straszy. Jak to się udaje?
Zapytany o to, jak twórcy dbają o to, by postać klauna Pennywise’a nadal budziła grozę u widowni, mimo że pojawił się już w filmach, reżyser Andy Muschietti wskazał na kilka strategicznych elementów. Podstawową zasadą stojącą za Pennywise’em jest jego nieprzewidywalność. Ten element był od początku omawiany z aktorem, Billem Skarsgårdem, i stał się kluczowy nie tylko dla koncepcji postaci, ale i samej gry aktorskiej. Talent Skarsgårda jest na tyle duży, że każde ujęcie jest inne – aktor stale wprowadza w wariacjach coś nowego, co zapobiega rutynie i utrzymuje świeżość kreacji.
Kolejnym aspektem jest natura Pennywise’a jako zmiennokształtnego (tzw. „shape shifter”), co zapewnia nieskończone źródło nowych, przerażających zachowań. Ponadto, serial osadzony w 1962 roku pozwala na wykorzystanie innego zestawu lęków niż te znane z filmów dziejących się w latach 80. czy 2016. Twórcy eksplorują specyficzne obawy dzieci z tej epoki, takie jak strach przed promieniowaniem, mutantami i wadami wrodzonymi, które były podsycane przez ówczesne filmy o radioaktywnych potworach. To pozwala na zupełnie nowe, dopasowane do kontekstu epoki, przerażające wcielenia potwora. Wreszcie, serial ma utrzymać świeżość poprzez zagłębienie się w historię pochodzenia Pennywise’a. Muschietti sprecyzował, że chodzi o to, jak „przekształcił się w potwora”. Twórcy nareszcie rzucają światło na te mroczne zakamarki historii, którymi widzowie są naturalnie zaintrygowani, co stanowi dodatkowy sposób na odświeżenie postaci i jej mitologii.
Pierwszy odcinek „To: Witajcie w Derry” już dziś na HBO Max.


