
Na festiwalu w Gdyni tyle twarzy polskiego kina, ile filmów w obu sekcjach konkursowych: Konkursie Głównym i Perspektywach. „Przez ścianę” Macieja Sobieszczańskiego to minimalistyczna czarno-biała opowieść o miłości w stalinizmie. „Hot Spot” Agnieszki Smoczyńskiej – dystopijne, eksperymentalne science-fiction. A „SICK” Agaty Trzebuchowskiej – horror o wydzielinach i impulsach ludzkiego ciała. Filmy recenzują Michał Piepiórka, Michał Konarski i Jakub Popielecki.
recenzja filmu „Przez ścianę„, reż. Maciej Sobieszczański
Poza ciało
autor: Michał Piepiórka
Czarno-białe zdjęcia, kwadratowy format ekranu, historia miłosna w czasach stalinowskiego terroru. Już od pierwszych kadrów „Przez ścianę” samo zastawia na siebie pułapkę. Język, którym usiłuje mówić, sprawy, o których opowiada, wydają się zbyt bliskie kina Pawła Pawlikowskiego. Ale Maciej Sobieszczański się tym nie przejmuje – całkowicie ignoruje ewentualne porównania, może nawet zarzuty o naśladownictwo. On doskonale wie, co i dlaczego robi, do czego potrzebny mu jest kontrast czerni i bieli, kameralne zacieśnienie kadru, wielkie emocje wyartykułowane w milczeniu. Jest w tym konsekwentny. I odważny – wręcz niewiarygodne, jak niewiarygodna jest historia, którą opowiada.
Trwają stalinowskie czystki. Na Rakowieckiej można zgnić w celi za znalezione w mieszkaniu 50 dolarów. Z powodu posiadania takiej sumy Wiesława zostaje oskarżona o próbę obalenia systemu i przesiaduje kilka miesięcy w nieludzkich warunkach w celi więzienia. Surowe, drewniane prycze, brud, okruchy chleba i jedna miska wody: jedyne, czego można doświadczyć w tych dehumanizujących warunkach, to niedogodność własnego ciała. Człowiek przestaje być wolą, uczuciem, świadomością. Staje się jednowymiarowy, jest ciałem, które można upokarzać, obnażać, głodzić, wychładzać i bić. Człowiek nawet nie jest winą – bo tej, jak mówi jedna z oprawczyń, wcale nie potrzeba, by skazać kogoś na sczeźnięcie w celi.
Sobieszczański skupia się właśnie na tym aspekcie totalitarnego terroru. Operując bardzo silnym kontrastem wydobywa na niejednokrotnie obnażanych ciałach więźniarek wszelkie skazy, siniaki, rany i brudy, których nie da się zetrzeć, szorując je w lodowatej wodzie. Jolanta Dylewska, operatorka filmu, skupia się na fakturach, drobinkach, które podkreślają obecność, materialność doświadczanego świata, w którym marksistowski materializm stał się przecież niepodważalną doktryną. Równie realne, niepodważalne i fizyczne są twarde prycze, rozsypywane sienniki, skąpe racje żywności. Od nadmiaru bycia i materii można oszaleć i wykrwawić realną krwią z faktycznie rozprutej żyły. Wiara, uczucie, emocja stają się nieosiągalną walutą, za którą można wykupić odrobinę nadziei.
Całę recenzję autorstwa Michała Piepiórki przeczytacie TUTAJ.
recenzja „Hot Spot„, reż. Agnieszka Smoczyńska
Finalny Kauntdałn
autor: Michał Konarski
Zaczyna się baśniowo. Za górami, za lasami, reżyserka prowadzi nas przez dystopijny świat, gdzie wzgórza są łyse, drzewa wypalone, a pustynny krajobraz przecina beton i asfalt. Niby wszystko dzieje się w przyszłości, ale to futuryzm w wersji retro – zawieszona poza czasem przypowieść w płaszczyku science-fiction.
Agnieszka Smoczyńska kolejny raz udowadnia, że idzie w poprzek oczekiwaniom polskiej publiczności. W kraju, gdzie największe budżety i sukces kasowy gwarantuje albo biografia podręcznikowej postaci, albo ekranizacja lektury, czasem też romkom lub historyczna inscenizacja, ponownie tworzy autorską próbę zabawy z gatunkami i tematami rzadko podnoszonymi nad Wisłą. Najpierw, w „Córkach dancingu„, były syreny, potem, w „Fudze„, neuropsychologia, następnie, w „Silent Twins„, czarne milczące bliźniaczki, a teraz całkowite wymieszanie konwencji, na które panuje u nas jakby wrodzona alergia. Katastrofa klimatyczna, migracje, transhumanizm, sztuczna inteligencja, cyfrowa dyktatura – czyli zagadnienia kojarzone z fantastycznonaukowym sztafażem – w „Hot Spot” zostały wkomponowane w uniwersalne rozterki dotyczące rodziny, miłości, wspomnień, komunikacji czy skrytych pragnień.
Wielu rodzimych twórców o tym zapomina, ale kino jest jednak medium nastawionym na obraz, a nie tekst. Tak też Smoczyńska nadała scenariuszowi Roberta Bolesto dodatkową warstwę – psychodeliczną rysę na szkiełku kamery. Pierwsze sceny filmu to zresztą próba wsadzenia widzowi kwasu pod język, cyfrowy kleks rozlewa się po ekranie, jakby znieczulając przed tym, co zaraz nastąpi. Podobne pulsujące glitche, umowne portale między rzeczywistościami, rwą zresztą narrację co jakiś czas, odsłaniając (a może właśnie zacierając?) granice między światem realnym a wirtualnym. Choć w fabule dominuje susza, to pomysł wizualny Smoczyńskiej i operatora Jakuba Kijowskiego wydaje się na wskroś akwatyczny. Obiektyw przeczesuje przestrzeń płynnymi pociągnięciami, dyktując choreografię kadru. Szybkie zmiany ogniskowej, zaburzanie perspektywy tła, grodzenie pustych pejzaży zbliżeniami albo zamykanie twarzy bohaterów w ciasnym detalu, z jednej strony współgrają z treścią, a z drugiej pomagają czytać ją szerzej niż tylko pretekstowo.
Całą recenzję autorstwa Michała Konarskiego przeczytacie TUTAJ.
recenzja filmu „SICK„, reż. Agata Trzebuchowska
Baśń kopulacyjna
autor: Jakub Popielecki
W „Pannach z Wilka” główny bohater wysiada z pociągu, przemierza sielski krajobraz i dociera do domku, w którym czeka go festiwal buzującego erotycznego napięcia. Gdyby jeszcze tylko w pociągowym kiblu wycisnął sobie pryszcza, tryskając prosto w kamerę, opis pasowałby jak ulał do „SICK„.
Porównanie jest oczywiście mylące. Debiutująca reżyserka Agata Trzebuchowska, znana najlepiej jako tytułowa Ida z „Idy„, odchodzi bowiem bardzo daleko od szacownego kina panów Wajdy czy Pawlikowskiego. Informacja na stronie festiwalu w Gdyni ostrzega, że film zawiera „niepokojące treści”: „krew” oraz „seks”. I to się zgadza. Z tym że wydzieliny nie kończą się tu na krwi i faktycznie ma to związek z seksem. Innymi słowy: nie wiem, czy widziałem wcześniej tak napalony polski film. A może po prostu nie wiem, czy widziałem wcześniej TAKI polski film.
Na pewno widziałem już jego elementy składowe. „Rodzeństwo w leśnej chatce ze staruszką” to przecież konwencja, która mieści w sobie wszystko, od „Jasia i Małgosi” braci Grimm po „Wizytę” (2015) M. Nighta Shyamalana – w „SICK” w sumie odzywa się jedno i drugie. Mamy tu przecież symbolikę rodem z baśni (a nawet mitu) – ale mamy też klocki, którymi lubi bawić się współczesny horror: głównie ciało, ciało, ciało. Wszystko spinają oczywiście demony psychoanalizy: jeśli Bruno Bettelheim pisał o „baśni menstruacyjnej”, tu mamy ewidentnie „baśń kopulacyjną”. Pamiętajmy, że już dziadek Freud poświęcił dużo papieru kwestii kazirodztwa.
Całą recenzję autorstwa Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ.
