WMFF 2026: Horror dziecka i legendarna łotewska koszykarka. Recenzujemy

Kolejnego dnia trwającego w stolicy Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego obejrzeliśmy film „Ulya” o łotewskiej koszykarce, pierwszej kobiecie spoza USA wybranej do Basketball Hall of Fame, oraz „Josephine” z Channingiem Tatumem. Macie je na swojej liście? Sprawdźcie, co o filmach piszą nasi recenzenci. 

***

recenzja filmu „Ulya„, reż. Viesturs Kairiss

Wysoka dziewczyna
autor: Agnieszka Pilacińska

Kino biograficzne często wpada w pułapkę laurkowości, stawiając ponad stylem filmowym potrzebę oddania sprawiedliwości opisywanej postaci. Stąd przytłaczająca poprawność, a czasem nawet bezbarwność większości tego typu produkcji. Życiorysów zekranizowanych w autorski sposób, pozostający w pamięci na lata, a jednocześnie przemycających uniwersalny rys jest garstka. Na myśl od razu przychodzi mi wybitny dokument Kláry Tasovskiej „Jeszcze nie jestem tym, kim bym chciała” (2024) opowiadający o twórczości czeskiej fotografki Libuše Jarcovjákovej, „Tak powtórz nie” – koncepcyjno-formalny eksperyment Michaela Dahana próbującego na podstawie postaci Juliano Mer-Khamisa zważyć ciężar pamięci narodowej, „Ukryte życie” (2019) – utrzymana w poetyckiej tonacji impresja Terrence’a Malicka o austriackim rolniku i żołnierzu, Franzu Jägerstätterze, który odmówił kontynuowania służby wojskowej podczas II wojny światowej, czy figlarne wariacje Andrzeja Żuławskiego na temat pasji i lęków Fryderyka Chopina w „Błękitnej nucie” (1991). Do mojej osobistej topki trafia teraz „Ulya„, najnowszy obraz Viestursa Kairissa.    

Łotewski reżyser przygląda się Uļjanie Semjonovej, radzieckiej sportsmence, dwukrotnej mistrzyni olimpijskiej, wielokrotnej mistrzyni Europy z lat 70. i 80., jednej z najwyższych koszykarek w historii i pierwszej kobiecie spoza Stanów Zjednoczonych wybranej do Basketball Hall of Fame. Nie jest to jednak film sportowy, nie znajdziemy tu patetycznych tonów towarzyszących zwycięstwom, a i sama bohaterka wymyka się wszelkim kliszom. Ulyę (Karlis Arnolds Avots) poznajemy, kiedy ta ma czternaście lat. Mieszka we wsi staroobrzędowców w radzieckiej Łotwie, a tym, co wyróżnia ją na tle nie tylko lokalnej społeczności jest niespotykany wzrost i androgyniczna uroda. Stoi zawsze z boku, świadoma swojej inności, niepewna swojego miejsca na ziemi i intencji drugiego człowieka. Uwagę zwraca na nią Pavel (Shamil Khamatov), partner jej siostry, a także lokalny dziennikarz, marzący o rubryce sportowej w dużej gazecie. Podsuwa rodzinie dziewczyny ogłoszenie od TTT, łotewskiego klubu koszykarskiego kobiet, szukającego wysokich zawodniczek. Wkrótce pod wiejską chatką pojawiają się trenerzy renomowanej drużyny zwabieni opowieściami redaktora, a Ulya, choć początkowo niechętna wobec nieproszonych gości, ulega namowom i wyjeżdża do Rygi trenować koszykówkę. 

Cała recenzja filmu „Ulya” dostępna jest POD LINKIEM TUTAJ. 

***

recenzja filmu „Josephine„, reż. Beth de Araújo

Następstwa
autor: Rafał Glapiak

Damien (Channing Tatum) i jego córka Josephine (Mason Reeves) każdą niedzielę spędzają tak samo. Pobudka skoro świt, a potem rozgrzewka, trening piłki nożnej i rozciąganie. Nie inaczej jest tym razem. Kiedy Claire (Gemma Chan) wciąż śpi, oni wymykają się z domu i kierują swoje kroki do parku. Ośmiolatka, zostawiwszy ojca daleko w tyle, wbiega między drzewa jako pierwsza i świadkuje incydentowi rodem z horroru. 

Oto mężczyzna powala na ziemię obcą kobietę, zrywa z niej ubranie i brutalnie ją gwałci. Gdy przestępca zauważa Josephine, rzuca się do ucieczki. W pościg za nim rusza Damien, który natychmiast po dotarciu na miejsce zdarzenia rozeznaje się w sytuacji. Sprawcę (Philip Ettinger) udaje się schwytać, ale bestialstwo, jakiego zdążył dokonać, wyciska piętno nie tylko na samej ofierze (Syra McCarthy), ale też na Bogu ducha winnej dziewczynce i jej rodzicach.

Reżyserka i scenarzystka Beth de Araújo znowu wsadza kij w mrowisko. Robiła to już w debiutanckich „Wtajemniczonych” (2022), czyli zrealizowanej na jednym ujęciu – pal licho, że fałszywym – opowieści o białych suprematystkach z sąsiedztwa, które terroryzują mieszkające nieopodal nich Amerykanki azjatyckiego pochodzenia. Robi to również teraz w wyświetlanej premierowo na festiwalu Sundance – a finalnie docenionej i przez jury, i przez publiczność – „Josephine” (2026).

Otwierający kwadrans filmu jest jak dostanie obuchem w głowę. Autorka, niejako na przekór kursowi obieranemu ostatnio przez kino (vide: „Sorry, Baby” Evy Victor z 2025 roku), pokazuje napaść seksualną w sposób szalenie eksplicytny. Wszystko przez to, że wzroku od rzeczonego aktu okrucieństwa nie odwraca tytułowa bohaterka, z której punktem widzenia utożsamia się tu obiektyw. Skoro zaś tak, to i odbiorca – przynajmniej w teorii – nie może nie patrzeć.

Cała recenzja filmu „Josephine” dostępna jest POD LINKIEM TUTAJ. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *