
Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy powoli dobiega końca. Choć stołeczna impreza trwa jeszcze do jutra, już dzisiejszego wieczoru poznamy zwycięzców tegorocznej edycji festiwalu. Zanim to się jednak stanie, Marcin Pietrzyk recenzuje dla nas jeden z najgłośniejszych tytułów imprezy – „Rebelię” Paula Greengrassa. W tym historycznym projekcie brytyjskiego mistrza Andrew Garfield trafia w samo centrum legendarnego powstania Wata Tylera.
„Rebelia” – recenzja filmu
Wolność, równość, braterstwo?
autor: Marcin Pietrzyk
Kino historyczne o bohaterach ludowych rządzi się swoimi prawami. Wychowani na ponad stuletniej historii kina widzowie oczekują zapierających dech w piersiach widowisk pełnych szlachetnych czynów i spektakularnego heroizmu. Kiedy więc Paul Greengrass wziął się za realizację filmu o powstaniu Wata Tylera, oczekiwania wśród widzów były jasne: mieliśmy zobaczyć historię kogoś, kto postawił się bogaczom, kto pociągnął za sobą tłum i walczył o lepszy świat. To miał być film w duchu „Braveheart” czy „Robin Hooda: księcia złodziei„. Rzeczywistość okazała się inna. Greengrass wykorzystuje historyczny kostium, by dokonać brutalnie szczerej, pozbawionej patosu diagnozy społeczeństwa opartego na skrajnych różnicach ekonomicznych, społecznych i religijnych.
Trzeba jednak przyznać, że Paul Greengrass zachowuje pozory kina historycznego. Grany przez Andrew Garfielda główny bohater to klasyczna postać filmowa: osoba naznaczona osobistą tragedią, która pragnęła być zostawiona w spokoju, lecz brutalne okoliczności zewnętrzne sprawiły, że przelała się czara goryczy; że wreszcie powiedział „dość!” i sięgnął po przemoc, pociągając za sobą innych. Jak w innych tego typy filmowych opowieściach, mamy sceny walk i pojedynków, które reżyser realizuje z dużą brutalnością. Na pierwszy rzut oka widzimy też jasny podział: szlachetni uciskani kontra moralnie zdeprawowane rządzące elity.
Nie trzeba długo czekać, by różnice w podejściu Greengrassa do tematu buntów przeciwko ciemiężcom zaczęły rzucać się w oczy. Po pierwsze, wbrew temu, co można przeczytać o filmie, Garfield nie wciela się w lidera powstania Wata Tylera. Tego gra Cosmo Jarvis. Po drugie, sceny walk są realizowane na ograniczoną skalę, a kiedy trzeba zaprezentować szerszą historyczną panoramę, reżyser sięga po proste narzędzia CGI, które niestety prowadzą do scen wyglądających tanio i sztucznie. Nie tego oczekują widzowie wychowani na epickim kinie historycznym.
Pełną recenzję filmu „Rebelia” możecie przeczytać klikając TUTAJ.
